Już sama podróż olśniewa i zachwyca. Przez okno iluminatora samolotu widzę olbrzymie szczyty o wysokości ponad 8000 m n.p.m., usiłujące przesłonić niebo. Wiem, że czeka mnie niezwykła przygoda!

Katmandu – magiczne miasto

Stolica kojarzona z najwyższym szczytem Ziemi – Mount Everest, cudami przyrody w czystej postaci – na pierwszy rzut oka strasznie mnie rozczarowuje. Zatłoczona, głośna, brudna i nie ma czym oddychać!

Katmandu – stolica u stóp Himalajów
Katmandu – stolica u stóp Himalajów

Mimo pierwszego szoku postanawiam jednak dać temu miejscu szansę. Okazałe sanktuaria, jak Pashupatinath, gromadzące rzesze wiernych, tłumnie odwiedzane przez pielgrzymów z pewnością robią wrażenie. Z drugiej strony małe, przyuliczne świątynie, wokół których bawią się dzieci, zapomniane i zakurzone, często na podwórzach obwieszonych praniem czy za straganami, gdzie handluje się czym popadnie.

Nieustanny wir modlitewnych młynków wiszących na zewnątrz każdej buddyjskiej świątyni, półkoliste stupy, zapach kadzideł, a prawie każda napotkana osoba wita mnie pogodnym „Namaste”. Hmm, przyznaję, że wąskie uliczki Katmandu zaczynają mnie powoli czarować.

W hipnotyzującym tłumie Durbar Square – uwagę przykuwają między innymi wielobarwne sari, tradycyjne stroje tutejszych kobiet. Jak opowiedziała mi moja gospodyni Kesang, komplet sari składa się z materiału o długości około pięciu metrów i metra szerokości. Kobiety owijają się nim według ścisłych reguł, upinając dolną część tkaniny wokół talii, a pozostałą przekładając przez lewe ramię.

Wszędzie uwagę przykuwają kolorowe sari
Wszędzie uwagę przykuwają kolorowe sari

Kuchnia do najlepszych nie należy

Dal bhat tarkari, które podano mi w pierwszej kolejności w tutejszej knajpie to dość pikantna, gęsta zupa. Kucharz, imieniem Kesang serwuje ją z ryżem oraz warzywami, do tego też pikantna, sfermentowana kiszonka. Nie jest najgorsze, ale przyznaję, że podczas poprzednich podróży jadałem lepiej.

Dodatkowo stresuje mnie jedzenie ręką – moim gospodarzom idzie to niezwykle sprawnie. Brak koordynacji moich ruchów najwyraźniej mocno ich rozbawił!

Jeden z gości w knajpie zagaja, że w Nepalu warto spróbować chhang – tybetańskiego piwa warzonego z prosa, jęczmienia oraz ryżu. Tutejszym „fast foodem” jest natomiast momo. To rodzaj pierożków z nadzieniem z mięsa, najczęściej kurczaka, jagnięciny lub wieprzowiny oraz warzyw. Nadzienie przyprawiane jest zazwyczaj kolendrą, imbirem, kurkumą, kminkiem i chili. Oczywiście koniecznie trzeba spróbować sera żółtego zrobionego z mleka samicy jaka. Jest dostępny niemal wszędzie.

W tutejszych małych lokalikach warto podelektować się także aromatem herbaty z liści rosnących na zboczach Mount Everestu. Promienie słońca, czyste górskie powietrze, woda spływająca z lodowców i monsunowe deszcze sprawiają, że himalajskie herbaty mają niepowtarzalny smak i aromat.

Dal bhat tarkari
Dal bhat tarkari

Nareszcie w góry!

Spragniony prawdziwych wrażeń, a przede wszystkim tlenu, wybieram się na jeden z najpiękniejszych szlaków trekkingowych świata, wokół majestatycznego masywu Annapurny. Ale zanim dotrzemy na miejsce czeka mnie jeszcze dreszczyk emocji podczas raftingu na rzece Trishuli.

Nasz punkt wypadowy to Pokhara, istny przystanek między niebem a ziemią. Sarangkot. Właśnie wschodzi słońce, a widoki na Himalaje zapierają po prostu dech w piersiach.

Mimo, że przed wyjazdem popracowałem nad kondycją oraz zdążyłem się już nieco zaaklimatyzować, naprawdę nie jest łatwo. Zwłaszcza, że pogoda nie należy do najlepszy.

W jednej z noclegowni sympatyczna pani imieniem Tara częstuje mnie przepyszną herbatą cytrynową. Specjalna mieszanka liści herbacianych z ogromną ilością cytryny i jeszcze większą ilością miodu cudownie rozgrzewa i dodaje energii.

W pozbawionym okien domu, zbudowanym z gliny jest nawet ciepło. Mimo że zwierzęta mieszkają pod tym samym dachem, nie czuję ich zapachu, choć trudno powiedzieć, że jest tutaj sterylnie czysto. Zdaje się, że w nocy pogryzły mnie pchły.

Najtrudniejszy etap to chyba pokonanie przełęczy Thorung La, chociaż zejście do wioski Muktinath też nie należy do lekkich. Ale widoki? Wow! Piękne, potężne masywy Annapurny, Dhaulagiri czy Mansalu to jednak nie to samo co moja ukochana Mount Adams w Nowej Zelandii.

Piękny masyw Annapurny
Piękny masyw Annapurny

Pokochałem Nepal

Wspaniałe doliny, wysokie przełęcze, malowniczo położone wioski i osady pasterskie, a przede wszystkim najpotężniejsze i najpiękniejsze góry na świecie. Mimo początkowych wątpliwości, pokochałem ten kraj i mieszkających tu ludzi, ich życzliwość, gościnność i niegasnący uśmiech na twarzy. Gdzie stare miesza się z nowym, a sacrum z profanum.

Życie nepalskiej kobiety nie jest łatwe
Życie nepalskiej kobiety nie jest łatwe

Na pamiątkę kupuję piękny, wełniany sweter. Negocjując cenę muszę napić się herbaty z mlekiem oraz wysłuchać historii Horiego – jego babka ponoć dziergała ten sweter chodząc po wełnę 20 km w jedną stronę. Będzie mi tego brakowało…

Zdjęcia: